piątek, 24 października 2014

Purée z kalafiora.

Kalafior jaki jest, każdy widzi. Z bułką tartą albo w zupie warzywnej (ewentualnie krem), czasem curry z kalafiora. Na jednym z blogów typu bez tłuszczu, bez glutenu i bez kalorii widziałam kiedyś przepis na pizzę na spodzie z kalafiora (hmm). Robię się coraz bardziej konserwatywna i coraz mniej mnie kuszą takie hybrydy, myślę, że zmierzam raczej w kierunku udoskonalania warsztatu przygotowania znanych, sprawdzonych potraw niż w kierunku wymyślania nowych, których jeszcze nie było (jeśli to w ogóle możliwe). Ale purée kalafiorowe to coś, za czym przepadam i co odpowiada mi o wiele bardziej, niż tradycyjne ziemniaczane. Nie jest tak zapychające, o wiele lżejsze i szybsze w przygotowaniu.

na 2-3 porcje
pół dużego kalafiora
1/3 szkl mleka (użyłam owsianego)
1 łyżeczka/łyżka masła
gałka muszkatołowa
sporo soli i pieprzu

Kalafior ugotować do miękkości (gotuję na parze), przestudzić lekko. Wrzucić do blendera (lub do miski i użyć blendera ręcznego), zmiksować z mlekiem i masłem. Doprawić do smaku, podawac od razu albo potem (podgrzewając w garnuszku).



poniedziałek, 29 września 2014

Ratatouille (z miodem!)

Niezbyt ostatnio mi było po drodze do bloga, jak już byłam w Warszawie to głównie mieszałam w garnku ze śliwkami, wzdychając, kiedy to się wreszcie zrobi. Po trzech dniach W KOŃCU zgęstniało, a w sobotę poszłam do Hali Mirowskiej i wykupiłam, jak zwykle, całą. No ale jak tu nie kupować, jak wszystko takie piękne, dojrzałe i aż się wysypuje ze skrzynek? (zawsze to mówię) W związku z tym dobrobytem i niedomykającą się lodówką trzeba było zrobić ratatouille. To moje ulubione danie z jesiennych warzyw - robi się je szybko, potrafi absolutnie każdy, pięknie pachnie i wychodzi cały wielki gar. Miodu i octu balsamicznego polałam pod wpływem chwili, ale pasują bardzo - pogłębiają smak dania i dodają mu charakteru.



na 5-litrowy garnek (trochę zaszaleliśmy, można podzielić składniki na pół)

2 spore bakłażany
2 spore cukinie
5-6 pomidorów (zależy od wielkości)
3 papryki (u mnie 2 czerwone i 1 żółta)
3 cebule
4 łyżki oliwy
3 ząbki czosnku
1 łyżeczka suszonego rozmarynu (lub łyżka świeżego)
1 duża łyżka miodu
1,5 łyżki octu balsamicznego
sól i pieprz


Bakłażany i cukinie przekroić na pół i pokroić w plastry. Usunąć nasiona z papryk i również pokroić w paski. Usunąć szypułki z pomidorów i pokroić je w ósemki. Obrać cebule i pokroić drobno, tak samo czosnek. Rozgrzać na patelni oliwę, wrzucić cebulę i czosnek, mieszać, aż cebula będzie szklista. Dorzucić bakłażany, cukinie i paprykę, mieszać ok. 10 minut, aż zmiękną i puszczą sok, następnie dodać pomidory. Wszystko gotować jeszcze jakieś 30 minut, warzywa puszczą dużo soku, który musi odparować. Kiedy będą już miękkie, dodać rozmaryn, ocet balsamiczny i przyprawić do smaku.
Podawać z kuskusem, ryżem, kaszą lub chlebem.

środa, 20 sierpnia 2014

Lepiej niż drożdżówki. Bułeczki z owocami.


Kończy się Irlandia i kończy się moja hibernacja kulinarna - przeżyłam wakacje na hummusie z Tesco, irlandzkim chlebie na maślance, hojnie mi dostarczanych wegańskich substytutach mięsa, cudownych organicznych jogurtach i tostach z Marmite. Nie narzekałam, nie próbowałam nic zmieniać, pogodziłam się z brakiem gotowania przerywanym tylko szarlotkami i ciasteczkami pieczonymi z dziećmi. Szkoda mi było  zaniedbać bloga (parę dni temu minął rok), ale nazbierałam przez wakacje tyle przepisów i pomysłów, że jesienią będzie się tu działo na pewno dużo.
A tymczasem przepis jeszcze z czerwca, na najlepsze bułeczki drożdżowe, jakie zdarzyło mi się jeść. Układane w tortownicy obok siebie mają tę przewagę nad pojedynczymi drożdżówkami, że są dużo delikatniejsze, miększe i puszystsze, trochę jak buchty. Zrobiłam je z agrestem, ale można użyć moreli(jak w oryginalnym przepisie), jeżyn, malin, truskawek, śliwek, nawet konfitury, krówek albo czekolady. Proste bułeczki z którymi łatwo się pracuje i od których potem nie można się oderwać. 


na podstawie tego przepisu
8-10 sztuk
2 szkl mąki pszennej
40 g miękkiego masła (3 łyżki)50 g cukru (1/4 szklanki), użyłam brązowego1 jajko (lub 1 łyżka zmielonego siemienia + 2 łyżki wody)1/2 łyżeczki soli20 g świeżych drożdży (użyłam 1 łyżeczki suszonych)130 g letniego mleka
2 garście agrestu(lub malin, jeżyn - w przypadku większych owoców typu śliwki wystarczy owoc na bułeczkę)
2 łyżeczki brązowego cukru do owoców (można pominąć, jeśli są słodkie)

Ze świeżych drożdży zrobić zaczyn - wymieszać je z łyżką cukru i zostawić na 10 minut. Mąkę wymieszać z resztą cukru (i suchymi drożdżami, jeśli takich używamy), dodać pozostałe składniki (i ewentualny zaczyn), zagnieść gładkie ciasto (ok 5-10 minut zagniatania, nie oszukiwać!). Włożyć do miski, przykryć suchą ściereczką (lub reklamówką), odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości ciasta(nie podaję czasu, bo to zależy od wielu czynników zewnętrznych). Kiedy jeszcze nie umiałam za bardzo piec, robiłam zdjęcie ciasta 'przed' i potem porównywałam, czy już jest dwa razy większe - nie ma mowy o pomyłce :)
Agrest podsmażyć na patelni z cukrem, aż puści sok. Podobnie można zrobić z jeżynami i śliwkami, przy delikatniejszych lub słodszych owocach (maliny, morele) można ten etap pominąć.
Kiedy ciasto wyrośnie, odrywać kawałki, formować w kulkę, spłaszczać w dłoni i nakładać po łyżeczce nadzienia. Dokładnie skleić i ułożyć w tortownicy (wyłożonej papierem do pieczenia), zlepieniem do dołu. Między bułeczkami ułożyć kawałki papieru do pieczenia, dzięki temu łatwo będzie można je rozdzielić.
Odstawić na 30-60 minut do wyrośnięcia, piec ok. 20-25 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Poczekać chwilę do ostygnięcia (albo i nie).